czwartek, 14 września 2017

Motyw kosmosu

Witajcie serdecznie! Zazwyczaj przy pisaniu posta mam mniej więcej wytyczony plan, a potem i tak wychodzi tego tekstu więcej. Żeby tym razem nie przesadzić dziś skupię się bardziej na przekazie przez obraz.

Książka
Jak zauważyliście w nagłówku, myślą przewodnią dzisiejszego wpisu jest kosmos. Tajemniczy, nieograniczony, fascynujący! Jeśli jednak chcecie dowiedzieć się nieco więcej na jego temat, np. jakie są teorie o jego powstaniu lub co dopiero stanie się ze wszechświatem, to polecam Krótką historię czasu znanego astrofizyka Stephena Hawkinga, zajmującego się m.in. czarnymi dziurami, w związku z czym odkrył on promieniowanie nazwane na jego cześć promieniowaniem Hawkinga.
Sama lektura jest jak najbardziej przystępna, nie trzeba wcale siedzieć w tych klimatach. Sama posiadam ją w swoim domu. Niegdyś bowiem czytałam o tych zagadnieniach w internecie, ale zapragnęłam poznać je nieco dogłębniej, a przy tym poznać tok myślenia wybitnego naukowca. Ponadto w książce da się również wyczuć poczucie humoru autora, co jeszcze uprzyjemnia rejestrowanie coraz to kolejnych treści. Zadbano również o rysunki pomocnicze (przynajmniej w moim wydaniu z 2015 roku). Jeśli zatem ktoś będzie miał problem z ogarnięciem jakiejś teorii, może lepiej ją zrozumie przy pomocy obrazków poglądowych.
Ponadto moje wydanie posiada również z przodu oraz z tyłu swoiste zakładki. Nie musimy więc fatygować się przy okazji po naszą własną. Znajdziemy tam także krótką informację o Hawkingu czy opinie znanych wydawnictw na temat tej pozycji czytelniczej – zapoznanie się z nimi może Was dodatkowo zachęcić. Ja w końcu obiecałam sobie w tym poście ograniczyć ilość słów.
Dodam jeszcze, że to za sprawą filmu Teoria wszystkiego bardziej zainteresowałam się Stephenem Hawkingiem. Wtedy postanowiłam, że muszę przeczytać choć jedną jego książkę. Przypomina mi to sytuację, gdy Prestiż Nolana zaciekawił mnie postacią Nikoli Tesli, któremu poświęciłam już kiedyś <<post>>.

Ubrania
Najpierw zaprezentuję taką prześwitującą bluzkę z Croppa, pod którą jednak oczywiście zawsze coś zakładam. Bardzo podoba mi się jej wzór, a możliwość urozmaicania tej bluzki określonymi kolorami tego, co mam pod spodem, dodatkowo działa dla mnie na plus.

Teraz z kolei przedstawiam sukienkę z motywami kosmosu. Kupiłam ją w Sinsayu.
I jeszcze ujęcie z bliska na wzór. Tu materiał wygląda na jaśniejszy, ale to sprawka światła. W praktyce to poprzednie zdjęcie ukazuje bardziej realistyczny wygląd.

Na koniec z ubrań jeszcze t-shirt z logo NASA. Kiedyś już zamieściłam jego fragment w <<poście>> o poszukiwaniu Obrońcy Planety.

Jakbym przeszukała konkretniej szafę, to coś z motywem kosmosu mogłoby się jeszcze znaleźć, ale na razie niech będzie tyle.

Obudowa na telefon
Niedawno zakupiłam jeszcze przez internet obudowę – <<stąd>>. Jest tam aż 3000 wzorów do wyboru. Widziałam też pobieżnie, że i na inne modele można znaleźć, ale to już trzeba samemu poszukać.
A oto moja nowa obudowa:
Dodatkowo niewielka ramka wokół wyświetlacza chroni ekran przed kontaktem z powierzchnią podczas upadku. Wygląda to tak:

Firma ta udostępnia także galerię tapet: http://art-galeria.nazwa.pl/galeria-tapet-3/. Tutaj zamieszczam kilka przykładowych:

Podobają się tapety?
Co sądzicie o motywie kosmosu?

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Seriale. Czysty Geniusz

Jeszcze parę miesięcy temu kompletnie nie rozumiałam (teraz i tak rozumiem tylko do pewnego stopnia), dlaczego część osób tak bardzo ciągnie do seriali i to na tyle, że obejrzenie jednego sezonu w jeden dzień nie stanowi dla nich problemu. Moje przeciwwskazania względem rozpoczęcia przygody z serialem były następujące:
- to pochłania za wiele czasu, zwłaszcza jak serial ma przykładowo 7 sezonów. Oczywiście można sobie dawkować oglądanie, ale… to kłóci się z kolejnym punktem;
- są wciągające i dlatego trudno jest je dawkować! Przynajmniej tak wynika z tego, co mówią często serialomaniacy;
- absorbujący jest nie tylko pojedynczy serial, lecz raczej sam proces oglądania. Przykładowo ktoś mówi, że skończył się właśnie jego ulubiony serial i jak najszybciej potrzebuje kolejnego. 
Nie mówię, iż to jest złe. Jeśli ktoś w ten sposób relaksuje się czy zwyczajnie odczuwa zaciekawienie względem fabuły, to wszystko spoko. Gorzej gdy przerodzi się to w uzależnienie – wiadomo, że tego typu w niczym nie równa się z tym od używek. Jednak problem może powstać wtedy, kiedy nie mamy już tyle wolnego czasu. Oczywiście nie neguję w ogóle oglądania seriali, lecz warto znać umiar, ale to łączy się jeszcze ogólniej z umiejętnością zarządzania czasem.

Na myśl przychodzi mi teraz oglądanie seriali sezonami w trakcie sesji egzaminacyjnej na studiach. Jeśli ktoś nie orientuje się w temacie, to przez ok. 2 tygodnie nie ma zajęć na uczelni, są tylko (chociaż według mnie ‘aż’) egzaminy czy kolokwia i te zostają różnie rozłożone w terminach. W praktyce wygląda to np. tak, że pomiędzy jednym a drugim egzaminem może być nawet kilka dni przerwy, lecz później występuje zagęszczenie terminów. Z tej racji w szczególności w tym okresie przyda się wszystko odpowiednio rozplanować. A co nieraz słyszę? „Jest tyle wolnego czasu, podrzućcie tytuł jakiegoś serialu, bo już nie mam co oglądać”. W pierwszej chwili po zarejestrowaniu takich słów wzięłam je za żart, ale wkrótce okazało się, iż to na serio.

Dla mnie to nieco niezrozumiałe pod tym względem, że w czasie sesji egzaminacyjnej staram się jak najwięcej z siebie wykrzesać. Nie będę udawać; nie uczę się regularnie z zajęć na zajęcia, bo zwyczajnie trudno jest mi znaleźć tyle czasu. Na bieżąco są różne książki do przeczytania, zadania, prace pisemne czy kolokwia. A niestety po jednym przejrzeniu notatek z pewnych przedmiotów nie da się wszystkiego nauczyć, pewne rzeczy trzeba po prostu zrozumieć – na to potrzeba czasu, który zwykle jest konieczny, by móc wystarczająco się skoncentrować!
Zatem kiedy nadchodzi sesja egzaminacyjna, te wolne godziny są wręcz idealne na naukę, a nie na sezony seriali. Chyba, że ktoś jest geniuszem, wtedy może wałkować odcinki bez obawy o konsekwencje.

Skoro już jesteśmy przy aspekcie geniusza, kończę czczę gadaninę, przechodząc do tego, co pierwotnie miało być meritum posta.

Witamy w Bunker Hill – tu dzieją się cuda!
Tym mottem można przekazać kwintesencję drugiego w tym roku oglądanego przez mnie serialu Czysty geniusz. Mam teraz trochę wolnego czasu, ale jednocześnie dawkuję sobie odcinki. Dlaczego? Bo chcę, by przygoda z Geniuszem trwała jak najdłużej – zwłaszcza, że nakręcono tylko 1 sezon.
A więc czym jest Bunker Hill? To szpital, w którym stosuje się najnowsze odkrycia nauki oraz techniki. Stworzył go James Bell – młody miliarder, informatyk z Doliny Krzemowej. Do głównego zespołu lekarzy należą przede wszystkim również młodzi, ambitni ludzie. Na ich czele ma jednak zawitać na dłużej pewien bardziej doświadczony chirurg dr Walter Wallace.


Inspirujący serial o lekarzach
Produkcję można by określić również w taki błahy sposób. Chciałam jednak zaznaczyć ten aspekt, gdyż zdarzyło mi się już wcześniej obejrzeć odcinki jakiegoś serialu o podobnej tematyce, chociażby Dr House (to nie jest tak, że na hasło ‘serial’ od razu uciekałam sprzed TV), jednak nie przywiązałam się na tyle, by oglądać regularnie.
Schemat serialu jest dosyć prosty; opisuje codzienną pracę w ośrodku (przy okazji trochę życie prywatne postaci, gdyż ze względu na specyfikę zawodu sporo czasu spędzają w szpitalu), a więc przypadki różnych schorzeń, z którymi zwykle niewiele da się już zrobić. Bunker Hill stosujący innowacyjne rozwiązania daje natomiast nadzieję nawet w beznadziejnych sytuacjach – jakkolwiek paradoksalnie ujęłam to w słowa. Zarazem nie zawsze wszystko idzie po myśli lekarzy. Jednak na ich grupowych zebraniach, w których uczestniczy także szef informatyk – jego zdolności również bywają niezastąpione – robią nadal konkretną burzę mózgów.

Zbyt idealistyczny?
Niektórzy mogą to zarzucić Czystemu geniuszowi, ale decydując się na oglądanie jakiejś produkcji i tak z góry zgadzamy się na fikcję – wyjątkiem będą filmy dokumentalne, choć i te mogą być czasem nieco podkoloryzowane, zwłaszcza gdy brakuje źródeł.
Zresztą ten idealizm w serialu, w głowach bohaterów, których nie zadowalają półśrodki, poświęcających swoje życie prywatne dla ratowania innych jest dla mnie świetną inspiracją. Błaha sprawa; ostatnio przypomniałam sobie, jak chciałam niegdyś zainstalować The Sims 2 na swoim laptopie z systemem Windows 10, napotkałam jednak pewne problemy, z którymi nie pomogły mi żadne poradniki z internetu – może i źle szukałam. Tym razem nie odpuściłam, pokombinowałam trochę na własną rękę (pomoc z neta miała być teraz ostatecznością) i zauważyłam pewne przeoczenie, które było jednym z głównych utrudnień. Teraz już bez problemów mogę odpalić sobie Simsy 2 i w którymś wpisie postaram się dodać jakieś screeny.
Mam nadzieję, że trochę determinacji zostanie ze mną w roku akademickim.

Wątek geniusza
Wcześniej wspomniany James Bell jest młody, niezwykle inteligentny, ambitny i ma pieniądze. Marzenie! – mogłoby się zdawać. Jednak w życiu każdego – również fikcyjnych postaci, pewne prawdopodobieństwo występuje nawet w produkcjach sci-fi – zdarzają się problemy, różnego kalibru. Uwaga! Możliwy spoiler - chociaż nie wiem, czy już w 1 odc. się o tym nie dowiadujemy. Potencjalny spoiler start; okazuje się, że James nosi w swoich genach zespół GSS, który może zacząć uaktywniać się u niego już za ok. 4 lata. Choroba objawia się m.in. zaburzeniami koordynacji ruchowej, problemami z pamięcią, procesami myślowymi, trudnościami z mówieniem – ciekawych odsyłam <<tutaj>>, wszystko przystępnie wytłumaczone. Nie zdołano do tej pory znaleźć metody leczenia czy opóźnienia rozwoju GSS. Do Bunker Hill trafia natomiast starszy pacjent z tą właśnie chorobą, która u niego już dawno się uaktywniła i obecnie sprawia, że mężczyźnie nie pozostało wiele czasu. Koniec potencjalnego spoilera.

To takie moje najistotniejsze przemyślenia o serialu. Mam nadzieję, że zanadto nie zanudziłam.

Ktoś z Was może słyszał już o Czystym geniuszu? A może też oglądał?
Jak często Wy sięgacie po seriale? Macie swoje ulubione? Jeśli tak, co Was w nich urzekło?

PS. Czcionka w tym poście inna niż dotychczas, wiem. To nie jest wynik niekonsekwencji, a chęć modyfikacji na lepsze. Jednak stare poczciwe Times New Roman u mnie zwycięża. A kadry z serialu wzięłam stąd:
http://www.filmweb.pl/serial/Czysty+geniusz-2016-766399/photos

piątek, 18 sierpnia 2017

Co u mnie? - Krynica Morska, książki!

Dzisiejszy post to będzie takie wszystko i nic (konkretnego), ale postanowiłam, że opowiem po krótce, co u mnie – choćby z tego względu, że przez około tydzień nie było mnie w blogosferze. I po tym czasie sprawdzam dziś sobie, ile komentarzy widnieje pod ostatnim postem. Z racji, że od napisania go prawie w ogóle nie komentowałam innych blogów, sądziłam, że 10 komentów pod najnowszym wpisem, to będzie maksimum, które i tak mnie zadowoli. A tu taka niespodzianka, bo 30, za co bardzo dziękuję! To lecimy z tematem.

Krynica Morska
W zeszły piątek wybrałam się do Krynicy Morskiej i posiedziałam tam do niedzieli włącznie. Niektórym może się wydawać, że trzy dni to mało, ale dla mnie było wystarczająco – zobaczyłam wszystko, co chciałam. Dodatkowo prognozowano na ten czas opady i ogólne ochłodzenie, a deszcz nie złapał mnie właściwie ani przez chwilę, podczas gdy trochę tam spacerowałam. Co innego noce, z piątku na sobotę była dość spora burza, o czym zresztą niestety przekonali się w większości mieszkańcy województwa pomorskiego. Tak czy inaczej, wyjazd uważam za jak najbardziej udany, a poniżej zamieszczam parę zdjęć z niego:
Piękne widoki znajdziemy także w pobliżu Kaplicy Misyjnej:
I jeszcze coś, o czym wczasowicze nie mogą zapomnieć czyli pamiątki, stoiska:

Książki
Są dobrym towarzyszem podczas podróży. Nawet wczoraj w drodze do Sopotu (ok. 40 minut) zaczęłam sobie jedną czytać – mianowicie Dr No z serii o agencie 007, którą zakupiłam w Krynicy za 6 zł. Swoją drogą dotychczas miałam w domu tylko jedną książkę z tego cyklu  Goldfinger.
Natomiast przebywając w samej Krynicy Morskiej, egzystowałam równocześnie w świecie fikcji politycznej wykreowanej przez Remigiusza Mroza w Wotum nieufności. Zakupiłam ją za 10 zł w Biedronce, więc trafiła mi się naprawdę super okazja. Właściwie to zachęcam Was do zaglądania tam nie tylko w celu nabywania produktów spożywczych, ale właśnie ciekawych lektur. Żeby było jasne, nie pracuję tam i to nie ma być żadna reklama, tylko z dobrego serca przekazuję tę wieść, bo myślę, że naprawdę warto. Znaleźć tam można nowsze powieści jak choćby dzieła Mroza, ale i klasyki jak np. Ojciec Chrzestny Maria Puzo. Z góry informuję, że format książek jest nieco mniejszy niż tych, co zwyczajowo kosztują te 40 zł, ale dla mnie to nawet plus, gdyż dzięki temu pomieszczę więcej egzemplarzy na półce, zajmują mniej miejsca w torbie, plecaku etc.
Co do samego Wotum nieufności, czytało je się bardzo przyjemnie. Chociaż muszę przyznać, że na początku miałam lekką wątpliwość, gdy zobaczyłam mapę polityczną – oczywiście partii powieściowych. Myślałam, że w trakcie czytania będę musiała co chwilę weryfikować, kto jest jakiej orientacji politycznej. Jednak po przeczytaniu mam wrażenie, że autor bez problemu zdoła wprowadzić w swój świat polityczny każdego laika. Zresztą nie tylko wprowadzić, a również zaciekawić i naprawdę trzymać w napięciu do samego końca!
Mówi się też o podobieństwie tej powieści do House of Cards, więc chyba już wiem, do jakiego serialu sięgnę w najbliższym czasie. I z pewnością chętnie wrócę do twórczości Mroza. A póki co obczaiłam jeszcze jego bloga, gdzie m.in. udziela porad dla początkujących pisarzy.

To właściwie już będzie wszystko, bo nie chcę pisać o byle czym, tylko o tym, co w jakiś sposób mimo wszystko uważam za godne uwagi.

A jak Wasze wakacje, urlopy? Jesteście z nich zadowoleni? Wyjeżdżacie jeszcze gdzieś?
Czy Wam również zdarza się polować na tańsze książki?